Siedziałam w ogrodzie pustego już domu od dobrych trzech godzin, choć miało mnie tu dawno nie być. Mokra od nieustannie spadających kropel deszczu wpatrywałam się beznamiętnie w papier. Nie przeszkadzało mi zimno. Obserwowałam, jak z sekundy na sekundę starannie napisane zdania zamieniały się, pod wpływem wody, w niezgrabne szlaczki. List, który nigdy nie został wysłany właśnie przestał istnieć. Może to i lepiej. Wstałam i nie zważając na pogodę ruszyłam przed siebie. Musiałam jeszcze raz, ostatni, pójść w to miejsce. Miejsce, w którym wszystko się zaczęło.